Bloog Wirtualna Polska
Są 1 229 082 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Listek

poniedziałek, 30 października 2006 10:53

Dzień zmarłych: smutek, refleksje, melancholia, w radiu „Czerwone Gitary” – „Jesień, liść ostatni spadł…”. Otóż nie, nie tylko nie spadł, ale trzyma się mocno. Według wszelkich prognoz, miał spaść najpóźniej 28 października, ale prognozy się zmieniły. Ożywczy wiaterek znad Sekwany, „platinocco” (wyparł sirocco), przedłużył nadzieje listka. Podobno najwcześniej może spaść dopiero na początku grudnia. Ta wersja wydaje się mało prawdopodobna. Związek „Leśny dziadek”, grupujący zwolenników naszych rodzimych listków, a generalnie specjalizujący się w pielęgnowaniu i jak najdłuższej hodowli flory krajowej, postanowił pobić rekord Guinessa. Pod hasłem „Jesień nasza, zima i wiosna nasza (przy okazji – lato też nasze)”, związek zadekretował, iż listek przetrzyma szron, śnieg i lód. Nie jest to przecież dziurawy listek, który już dawno spadł, a nawet nie jest górski, któremu na mazowieckiej nizinie skutecznie wybito z głowy wszelkie zachowania zachowawcze. Związek „Leśny dziadek” walczy, aby nie był to listek figowy, ledwo, ledwo zakrywający najbardziej wstydliwe związkowe miejsca. Listek laurowy – oto właściwe nazewnictwo. Dlaczego? Już udowadniam. Wszak to za czasów utrzymywania się listka na gałęzi podjęto decyzję, aby wraz z sąsiadem z Ukrainy „ulistkowić” całą Europę. To za listkowej kadencji powstał pomysł budowy narodowej areny dla podbijania listków, na, nawet fruwania i pływania. A przecież od aren już tylko krok, aby listki wszystkich krajów złączyły się z olimpijskim spokojem. Listek przetrzyma burze i napory, gdyż cel uświęca środki. Już niedługo „leśni” wyniosą go na panteon sławy jako największego rodaka. Gałąź trzymająca listka mocna, pień jeszcze mocniejszy, a las gęsty i trudny do przebycia.

 

                                                                                                Janusz Zaorski

 Z ostatniej chwili: W las ruszyła ekipa drwali.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

CHWILO TRWAJ!

czwartek, 19 października 2006 13:39
Nie mogę się uwolnić od filmu, który obejrzałem 11 października 2006 r., filmu odwołującego się do najlepszych dzieł światowego kina. Polska produkcja, mimo że występujący w niej aktorzy często grają poza krajem (w Niemczech, na Ukrainie, a nawet w Kuwejcie). Z kolei reżyser jest Holendrem, a mimo to udało mu się nie wpędzić swojego zespołu, a przede wszystkim widowni, w depresję. Trener i zawodnicy to Dwunastu gniewnych ludzi (gniewnych po porażce z Finlandią i remisie z Serbią). Przeciwnicy i ich brazylijski trener to z kolei Parszywa dwunastka (w czerwcu dała radę Anglikom i Holendrom). U nich Popiół (Deco), u nas diament (Smolarek). Na boisku dla naszych piłkarzy Nie ma mocnych, bo są Sami swoi. Cud się nie zdarzył, bo boisko to nie Plac Zbawiciela, a nad wszystkim panował Leo Zawodowiec. Déjà vu spowodowało, że jedyny porównywalny film to ten z 1974 roku, z Deyną i Szarmachem w rolach głównych. Tam też mogło być 3:0, po strzale w słupek Szarmacha, a skończyło się 2:1 po golu Capello. W Chorzowie powinno być 3:0, ale Żurawski strzelił w słupek i skończyło się również 2:1. Co się stało? Cztery dni wcześniej w Ałma-acie ta sama obsada zagrała w filmie „Statyści”, znakomicie nawiązując do tytułu. Czy tym razem my byliśmy tacy dobrzy, czy też przeciwnik słaby. Faktem jest, że nie tylko Portugalia (bez Figo i Paulety, jeszcze niedawno głównych aktorów) obniżyła poziom po festiwalu mundialowym. Mistrzowie świata, Włosi, podobnie jak my, eliminacje europejskie rozpoczęli od porażki. Wicemistrzowie świata, Francuzi, przegrali ze Szkocją. Czy to chwilowa obniżka formy największych, którzy potem i tak zwyciężą w Europie? Może tak, a może nie. Jeżeli pozostałe reprezentacje będą grały tak jak drużyna Polski, to można się spodziewać wielu niespodzianek. Zawodnicy perfekcyjnie wykonali plan taktyczny. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat, na tle tak utytułowanego przeciwnika, widziałem drużynę-monolit. Ambicja, umiejętności, konsekwencja – wszystkie warunki spełnione. Po meczu Grzegorz Mielcarski, który grał w Portugalii i znał się z boiska z Deco, zdziwił się, kiedy rozgrywający FC Barcelona powiedział: wygraliście, bo wystawiliście innych graczy, niż przeciwko Kazachstanowi. Gdy Mielcarski wytłumaczył mu, że jedenastka z Chorzowa była identyczna z tą z Ałma-aty, ten nie mógł uwierzyć. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Nawet Włodzimierz Smolarek, który na Mundialu w 1986 roku, strzelając gola Portugalii, wyeliminował ją z dalszej fazy rozgrywek. Również dziennikarzom pewnej codziennej gazety nawet przez myśl nie przeszło, że polska reprezentacja może wygrać. O północy zdejmowano z drukarni artykuł żądający dymisji Beenhaakera po klęsce w Chorzowie. Co dalej? Wszyscy liczą na zwycięstwo nad Belgią w wyjazdowym meczu 15 listopada w Brukseli. Ja wyobrażam sobie zupełnie inny scenariusz. Po spotkaniu ministra sportu Lipca z prezydentem FIFA Blatterem, ten ostatni – wobec usunięcia prezesa PZPN Listkiewicza - wprowadza jednak na jego miejsce kuratora, a nie wspólną komisję, zawiesza udział wszystkich reprezentacji i klubów polskich w rozgrywkach światowych i europejskich. W kraju zaczynają się rozruchy. Kibice po ligowych meczach ruszają na siedziby koalicjantów, wybijając szyby i podpalając domy. Rząd podaje się do dymisji, parlament rozwiązuje, rozpisane zostają nowe wybory., w wyniku których prezydentem zostaje Włodzimierz Smolarek, a premierem Ebi Smolarek. Leo Beenhaaker otrzymuje polskie obywatelstwo i zostaje prezesem PZPN. Marzę, aby taki scenariusz zrealizować. Wyreżyserowałem już film „Haker”, teraz pora na „Benhaker”.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Eusebio Smolarek

poniedziałek, 16 października 2006 10:03

Cztery lata temu, tuż przed Mundialem w Korei i Japonii, napisałem do „Encyklopedii Piłkarskiej Fuji” tekst, którego pointa niespodziewanie okazała się aktualna dopiero dziś. Nosił on tytuł „Smolarek-show”:

 

„Z kilkuset meczy w finałach mistrzostw świata, które najpierw dotarły do mnie przez radio – pamiętny finał w Bernie i sensacyjne zwycięstwo Niemców nad niepokonanymi od lat Węgrami, potem przez kronikę filmową – wyczyny Pelego w Szwecji i w Chile, wreszcie przez telewizję, chcę opowiedzieć o tym dla mnie najważniejszym. Ten mecz to właściwie bitwa miedzy drużynami Polski i Związku Radzieckiego, stoczona w 1982 r. na Nou Camp w Barcelonie. W kraju stan wojenny, a przed telewizorem „u Zaorka” rekord nie pobity do tej pory, czterdziestu czterech kibiców, 44 – liczba dla Polaków magiczna, ale wtedy oznaczała po prostu cztery jedenastki. Było losowanie (tak, tak!), pierwsza jedenastka leżała przed telewizorem, druga siedziała na podłodze w kucki, trzecia na krzesłach, ostatnich jedenastu stało pod ścianą. W ten sposób nikt nikomu nie zasłaniał ekranu. Ścisk był jak na stadionie. Koleżanki i koledzy, a było ze dwudziestu aktorów, wydzierali się aż miło. W tych naszych okrzykach było wszystko, nie tylko sport, ale również eschatologia i niedowartościowanie. Przecież każdy z nas marzył, aby być w owej chwili na stadionie, lecz brak paszportu, wizy i pieniędzy skazywał nas na relację telewizyjną. Na naszym stadionie „mieszkaniowym” wrzało jak w ulu, niestety mogę zacytować tylko jeden skandowany okrzyk, ten najbardziej cenzuralny: orła wrona nie pokona, prędzej zginie pierdolona!

Ta „wrona” to nie była dla nas Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, z najsłynniejszym w świecie spawaczem na czele, tylko imperium zła, a konkretnie przeciwnik Naszych Orłów, czyli reprezentacja Związku Radzieckiego. W stan wibracji wprowadzał nas realizator telewizyjny, sługus ówczesnego reżimu, który – kiedy tylko na ekranie pojawiał się transparent z napisem „Solidarność”, trzymany przez polskich kibiców – natychmiast puszczał na wizję widok przygotowanych zawczasu trybun. To nic, że obrazki były z zupełnie innego meczu, o innej porze dnia, nie montowały się kompletnie, ale za to były bezpieczne ideowo. Tego było za wiele, wyliśmy z bezsilności, wzmocnieni bimberkiem mojej produkcji. Wódka nazywała się ZaBroniona, od pierwszych sylab mojego nazwiska i nazwiska kolegi plastyka BRONowskiego, który sporządzał etykietki. Były to istne dzieła sztuki, więc po meczu zginęło wiele pustych flaszek. Uznałem sytuację za niebezpieczną i zrezygnowałem z pędzenia. W końcu wolałem siedzieć za politykę, a nie za bimbrownictwo. „Radzianie” gnietli, minuty mijały, ale zwycięski dla nas remis utrzymywał się. Oglądaliśmy mecz w takim napięciu, że nawet alkohol nie skutkował. Miliard telewidzów na całym świecie trzymało kciuki za Polaków. Drużyna radziecka dwoiła się i troiła, a cały sportowy świat oczekiwał w niepewności ostatniego gwizdka sędziego. Końcówka dłużyła się niesamowicie i wtedy rozpoczął się Smolarek-show. Polski napastnik uciekł z piłką do rogu tuż obok chorągiewki i tam, balansując ciałem, zwodząc napastników radzieckich, przetrzymywał piłkę. Grał z „ruskimi” w dziada, robił ich w konia, ośmieszał, kpił w żywe oczy, czynił bezsilnymi. Jedenastu przeciwników nie mogło poradzić jednemu Włodkowi. To było niesamowite. Smolarek był w tym momencie Winnetou i Old Shatterhandem, Wilhelmem Tellem i Janosikiem, Wałęsą i Bujakiem, Reaganem i Papieżem. Zafascynowani umilkliśmy i z zachwytem oglądaliśmy wspaniałe dryblingi niewielkiego wzrostem napastnika z kraju stanu wojennego. Gwizdek końcowy, nienawiść w oczach bramkarza Dasajewa, a my jak zahipnotyzowani patrzyliśmy na Smolarka. – Zagrał w naszym imieniu – powiedział Krzysiek Mętrak.

Widziałem potem wiele wspaniałych meczy w finałach mistrzostw świata. Spotkania, w których piłkarze wspinali się na wyżyny futbolu. Gościłem na stadionach ostatnich finałów MŚ , ale nigdy nie zapomnę tamtego meczu o półfinał sprzed dwudziestu lat. Takiej dramaturgii, splotu sportu z polityką, takiej oryginalnej pointy  i takiej postawy piłkarza w końcówce meczu nie spotkałem już nigdy. Tylko jeden fakt może „przebić” mecz sprzed dwudziestu lat. Jeśli 10 czerwca 2002 roku przeciwko Portugalii zagra syn Włodzimierza Smolarka – Euzebiusz, nazwany tak na cześć najlepszego portugalskiego piłkarza, Eusebio. Marzę, aby tak jak ojciec, który strzelił Portugalii ostatniego gola dla biało-czerwonych w finałach w Meksyku w 1986r., to „Ebi” był piłkarzem, który zdobędzie zwycięską bramkę. Chcę znowu przeżyć Smolarek-show”.

 

Ebi Smolarek nie mógł zdobyć gola w tamtym meczu z Portugalią, bo kontuzja uniemożliwiła mu wyjazd na Mundial 2002. Chciałoby się powiedzieć, co się odwlecze… i tak dalej. Nie zostałem Wernyhorą cztery lata temu, ale teraz mam satysfakcję. Ebi Smolarek okazał się katem dla portugalskiej drużyny, Rany boskie, co to za gra ta piłka kopana! Reprezentacja zagrała świetny mecz, a przecież to byli ci sami zawodnicy, którzy cztery dni wcześniej wystąpili w okropnym meczu w Ałma-acie. Wiedziałem, że aktualna reprezentacja Polski może przegrać z każdym, ale od 11 października 2006 r. może też z każdym wygrać.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (475) | dodaj komentarz

czwartek, 23 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  164 132  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

JANUSZ ZAORSKI reżyser, scenarzysta, aktor i...KIBIC

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 164132

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl