Bloog Wirtualna Polska
Są 1 229 082 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

SAMFEST I

środa, 29 listopada 2006 12:13

Zbliża się koniec roku, a więc czas na różnego rodzaju plebiscyty.
To mnie samego zmusiło, abym rozliczył się z niejakim Januszem
Zaorskim, którego znam już, rany boskie, ponad pięćdziesiąt lat! A
więc ten facet pracuje przede wszystkim jako reżyser filmowy, ale
również telewizyjny, teatralny i radiowy.
Scenarzysta - jak wyżej
producent - jak wyżej
aktor - jak wyżej
dziennikarz sportowy
komentator spraw kulturalnych
doradzca medialny
Wiem, że posługiwanie się kryteriami sportowymi w wypadku sztuki
jest czasami zawodne, ale póki co (jak z tą demokracją), nie
wymyślono nic lepszego. Ludzie chcą nie tylko chleba, ale i
igrzysk! A te igrzyska to rozmaitej maści: festiwale, przeglądy,
plebiscyty, klasyfikacje, nagrody, wyróżnienia itd., itp.
Publiczność chce wiedzieć, czy Zbigniew Zapasiewicz jest lepszy od
Janusza Gajosa, Andrzej Zaorski od Janusza Zaorskiego, a Mann od
Materny, i to o ile (kilogramów czy centymetrów?). Ruszmy zatem z
posad bryłę festiwali: "Niniejszym po raz pierwszy otwieram w
Wirtualnej Polsce: SAMFEST".
SAM - bo z jednej strony samozwańcy, gdyż jednogłośnie wyznaczam
siebie jako jurora i SAM, bo każdy z nas SAModzielnie może być
jurorem, głosując w kolejnych edycjach SAMFEST-u na film, aktora,
sportowca, itd.
FEST - bo festiwal, ale również FEST, bo mam nadzieję, że będzie
fest zabawa.
Zacznijmy od filmu, gdyż ze wszystkich zawodów, które uprawiam,
reżyseria filmowa jest mi najbliższa. Regulamin jest prosty. Ja
zgłaszam pięć kandydatur, a wy, internauci Wirtualnej Polski,
dopisujecie inne kandydatury, bądź popieracie te, które zgłosiłem.
W ten sposób, obliczając ilość głosów na każdą pozycję, utworzymy
najlepszą piątkę. A więc, do dzieła: fanfary - sygnał festiwalu i
otwieram SAMFEST - filmowy.
Udział biorą filmy produkcji polskiej, które ukazały się na
ekranach w roku 2006. Moje propozycje (w kolejności alfabetycznej:
1.Co słonko widziało - reż. MICHAŁ ROSA.
Znakomity, godny niedawno zmarłego reżysera Roberta Altmana, film
ambitnego twórcy, który, opisując wegetację na Śląsku, potrafi
ukazać złożoność problemu, nie pozbawiając przy tym ani bohaterów,
ani widzów nadziei.
2. Jak to się robi? - reż. Marcel Łoziński.
Pełnometrażowy dokument (rzadkość!) pokazujący trzyletni
proces "tworzenia" polityka. Wygrywa ten, kto nie ma żadnych
wątpliwości, ani skrupułów, i jak czołg prze do kariery. Film
bardzo potrzebny i na czasie.
3. Jasminum - reż. Jan Jakub Kolski
Cudowny, artystyczny film, pokazujący, że o rzeczywistości można
opowiadać również baśniowo. Przepis: weź trzech artystów, reżysera,
a zarazem scenarzystę Jana Jakuba Kolskiego, operatora Krzysztofa
Ptaka, aktora Janusza Gajosa.
To moje typy. Dopisz swoje. Weź udział! SAMFEST czeka na Ciebie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Beldzy i Holendrowie

czwartek, 16 listopada 2006 12:29
Był rok 1982, rok stanu wojennego. Na tle całkowitej pustyni programowej w telewizji polskiej, transmisje z Mundialu w Hiszpanii były prawdziwym rarytasem. Mecz Belgia- Polska wprowadził wszystkich oglądających u mnie to spotkanie w euforię. Trzy bramki Bońka otwierały drzwi do znalezienia się w elicie mistrzostw. Wtedy mój brat Andrzej, przekrzykując radosny gwar kibiców w moim mieszkaniu, odezwał się: „Polska jest niewielkim krajem, ale potrafi dopierdolić jeszcze mniejszemu”. Ten kubeł zimnej wody przydał się wtedy i przydaje się teraz. Belgowie (Beldzy jak wyraził się pewien komentator sportowy: Beldzy i Holendrowie!) nie mają już od dłuższego czasu drużyny na miarę choćby tej, z którą z trudnością zremisowaliśmy 0:0 w Chorzowie w 1985 roku. Tamten remis dawał paszporty na Mundial 1986 w Meksyku. Ciekawe, że jeszcze niedawno pewien dziennikarz zagalopował się pisząc iż: „ Nasza drużyna wywalczyła paszporty do Grecji”. Tak, tak, ten PRL będzie nas jeszcze długo prześladował, chociaż dzisiaj wystarczy tylko dowód osobisty, żeby zjeździć całą Europę. Ale ad rem. W Meksyku Belgowie zajęli, w dobrym stylu, czwarte miejsce na świecie. Nasza drużyna nie wyszła z szesnastki. 15 listopada tego roku, Belgowie, zwłaszcza w pierwszej połowie, zagrali bardzo słabo i wynik 1:0 to najniższy wymiar kary. 2:0, a nawet 3:0 – taki wynik najlepiej oddałby różnicę klasy, jaka dzieliła obie drużyny. Bardzo duży udział w tym zwycięstwie miał Leo Beenhaaker. A więc, w dodatkowym meczu Holendrowie-Beldzy również 1:0. Nie tylko gra zespołu belgijskiego nie podobała mi się. Nie podobało mi się, nie podoba i nigdy mi się nie będzie podobało, że stadion, na którym grała nasza reprezentacja nie nazywa się Heysel, tylko króla Baudouina. Dawna nazwa przypominała o tragedii, która wydarzyła się na stadionie już przeszło 20 lat temu, kiedy w czasie finałowego meczu o klubowy puchar Europy między Juventusem a Liverpoolem, w wyniku zamieszek kilkudziesięciu kibiców zmarło. Nazwa stadionu stała się synonimem tragedii, ale też i przestrogą dla potomnych. „Strusia” polityka powoduje, że najłatwiej jest zmienić nazwę, żeby się źle nie kojarzyła. Decyzja, jakby ją podjął Polski Związek Piłki Nożnej.
Podziel się
oceń
0
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

NIEPOCHOWANY

poniedziałek, 06 listopada 2006 11:22

Często mówimy o kimś, kto słabo gra – w naszej koszulce występuje, ale dla innych gra, albo jeszcze dosadniej: „V kolumna – przeciwnika”. A co powiedzieć o kimś, kto grał w jednej drużynie, a potajemnie przeszedł do drugiej. Zdrajca! To najwłaściwsze słowo i takim zdrajcą okazał się równo pół wieku temu Janos Kadar. To on, 4 listopada 1956 r., w Budapeszcie zdradził swojego kolegę, premiera Imrego Nagy ̉a i pozostałych członków rządu, ale przede wszystkim zdradził swój naród – przechodząc na stronę radziecką. Zapłatą było stanowisko pierwszego sekretarza węgierskiej partii i prawie trzydziestoletnie panowanie na Węgrzech. Kadar w zmowie z radzieckim ambasadorem w Budapeszcie, Andropowem (późniejszym po Breżniewie władcą ZSRR) oskarżył bezpodstawnie prawowitego premiera Węgier i po sfingowanym procesie skazał na śmierć. Wyrok wykonano 15 grudnia 1958 roku. Ten czas, od powstania węgierskiego w 1956 r. do śmierci Nagy ̉a, obejmuje film Niepochowany w reżyserii Marty Meszaros. Film wybitny z wielką kreacją Jana Nowickiego w roli Imrego Nagy ̉a. W TVP pokazany niedawno o północy, a w polskich kinach nieobecny. Żaden krajowy dystrybutor nie chciał rozpowszechniać węgierskiego filmu. A przecież tyle tu analogii z Polską. Gomułka i Imre Nagy. Ten pierwszy wyszedł po kilku latach z więzienia, gdzie przebywał z radzieckiego rozkazu. Ten drugi, agent radziecki, po II wojnie światowej powrócił z ZSRR na Węgry. Wydawało się, że wszystko będzie jasne. Ale to Gomułka zdradził, a Nagy został patriotą.

Przygotowując się do realizacji Matki Królów, rozmawiałem z ówczesnym (tzn. w październiku 56 roku) sekretarzem komitetu warszawskiego PZPR (dzisiaj to odpowiednik prezydenta Warszawy), Staszewskim. Zadałem Staszewskiemu pytanie: „Kiedy się skończyły reformy polskiego Października 56?”. Wiedziałem, że istniały na ten temat różne opinie. Jedni uważali, że w chwili rozwiązania tygodnika „Po prostu” (a więc o wiele później), inni, że Gomułka dał sygnał do zaprzestania reform na spotkaniu z tzw. „aktywem pracowniczym” w Sali Kongresowej w PKiN. Staszewski zgasił szybko moje wątpliwości: „Październik skończył się już w październiku. Jak to? – spytałem. - A tak to, panie Januszu, odpowiedział pan Stefan. Jako gospodarz stolicy chciałem wygłosić kilka zdań tuż przed słynnym wiecem na Placu Defilad przed Pałacem Kultury, gdzie przyszło prawie milion Polaków. Zdenerwowany Gomułka, który bał się tłumu, kazał mi powiedzieć te kilka zdań. Więc powiedziałem: Ludu Warszawy, ten dzień, to dzień zwycięstwa, ale to zwycięstwo, ludu Warszawy, zawdzięczasz sobie. Oburzony Gomułka zaprotestował: Absolutnie nie może towarzysz tego powiedzieć. Proszę tylko mnie przedstawić. I wtedy zrozumiałem – mówił Staszewski do mnie – że nie ma żadnych reform i nie ma co liczyć na wolność, niepodległość i demokrację”. Naiwny tłum skanduje pseudonim Gomułki: Wiesław!, Wiesław! A towarzysz Wiesław jak szczur, schowany w przejściu podziemnym między PKiN a trybuną, boi się stawić czoła społeczeństwu, które za chwilę zacznie oszukiwać. Niezła scena filmowa, pomyślałem w pierwszym momencie, godna kamery, ale właściwie dlaczego? To prawda, że w październiku 56 roku Gomułka miał za sobą prawie 100% rodaków w kraju i może 80 % za granicą, ale bardzo szybko zmarnował ten kapitał. Trzeba było ofiar grudnia 70 roku i krwi na ulicach Trójmiasta, aby wreszcie ustąpił – „mały, nędzny aparatczyk”. Jak kończył Gomułka, tak zaczynał Kadar w 1956 roku. Na Węgrzech dopiero po pięciu latach odwołano stan wojenny. Paradoks polegał na tym, że to Kadar ze wszystkich przywódców tzw. „demoludów” wprowadził największe reformy, najpierw gospodarcze, potem ustrojowe. Jednak Imre Nagy, którego mógł przecież ułaskawić, albo zmienić wyrok na dożywocie, prześladował Kadara do śmierci. Kadar nigdy publicznie nie wymienił nazwiska zamordowanego w majestacie pseudo prawa premiera. Zakaz obowiązywał przez całe 30 lat. Imre Nagy był przez całe życie wyrzutem sumienia dla Kadara. Nagy nie załamał się, mimo próśb i gróźb, szykan i tortur psychicznych. Był uparty, nie zgodził przyznać się, że rewolucja węgierska to była kontrrewolucja, nie chciał prosić o ułaskawienie. Wielka postać, wielki dramat, wielki film. „Niepochowany” Imre Nagy został symbolicznie pochowany w 1989 r., w dniu, w którym zmarł Janos Kadar. Tragedia iście szekspirowska. Mam nadzieje, że Marta Meszaros nakręci ciąg dalszy o losach Kadara. Tylko skąd znajdzie węgierskiego Szekspira, aby napisał scenariusz? I jak tu się ścigać na filmy z Węgrami? Nasi byli przywódcy to przecież radzieccy agenci: Bierut czy Marceli Nowotko. Myślałem o tym, krocząc w święto zmarłych obok grobu Nowotki w Alei Zasłużonych na starych Powązkach. O Gierku, pośrednio (z fatalnym skutkiem) zrobili film Petelscy, nazywał się Kazimierz Wielki i pod płaszczykiem tego, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, zrealizowano wazeliniarski film na cześć Edwarda Gierka. Może Jaruzelski – tak, to jest postać na główną rolę w filmie o Polsce lat 1981-1990, ale kto to ma napisać i kto da na ten projekt pieniądze. Na razie przegrywamy z Węgrami do zera.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 23 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  164 155  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

JANUSZ ZAORSKI reżyser, scenarzysta, aktor i...KIBIC

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 164155

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl